My Bloody Valentine w Hammersmith Apollo

Bilinda Butcher
Bilinda Butcher Steve Gillet/Livepix
Nie wiem który zespół wygrałby w pojedynku na ilość decybeli, My Bloody Valentine czy Swans. Wiem, że był to najgłośniejszy koncert na jakim byłem, ale nie żałuję ani minuty.



Od pierwszych przesterowanych dźwięków „I Only Said” nikt ze zgromadzonych w pięknych wnętrzach londyńskiej Sali Hammersmith Apollo nie żałował, że wetknął w uszy skwapliwie rozdawane przez obsługę zatyczki. Gdzieś tak w połowie setu, gdy Kelvin Shields i spółka mieli już za sobą godzinę przedzierania się zarówno przez najlepsze, klasyczne już fragmenty dyskografii jak i naprawdę świetne numery z nowej płyty, jedna zatyczka wypadła mi z ucha. Auć, nie życzę nikomu. Podobno jakoś pod koniec, gdy soniczne zniszczenie osiągnęło absolutny zenit, a perkusista Colm Ó Cíosóig odrzucił pałeczki by chwycić za kolejną, czwartą (!) gitarę jakiś koleś z tłumu krzyknął „głośniej!”. Szacun dla gościa za odwagę. Kilka decybeli więcej, i ściany mogłyby nie wytrzymać.





Przejmujący do szpiku kości hałas to na szczeście nie wszystko co My Bloody Valentine ma do zaoferowania. Jakość dźwięku była naprawdę super, setlista skrojona idealnie (no dobra, nie było „Sometimes” ale chyba nikt na to nie liczył.), scena odpowiednio spowita mrokiem, wizualizacje wyświetlane na olbrzymim ekranie odpowiednio psychodeliczne. Po prawie dwóch godzinach muzycy rzucili instrumenty i zniknęli tak jak się pojawili: bez słowa. Koncert na Off Festivalu może być jednym z najlepszych jakie odbędą się w tym roku w Polsce, jeśli tylko dopracują ten element. Wszak polska publika nie lubi, gdy ktoś się z nimi nie żegna (pozdro, Red Hot Chilli Peppers)


Mateusz Adamski
Trwa ładowanie komentarzy...